Trudne sąsiedztwo: wiara i rozum

Były sobie kiedyś dwie posiadłości, jedna obok drugiej, oddzielone płotem. Byle jakim, drewnianym czy drucianym. Właściciele obu tych posiadłości mieli psy. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, psy latały wzdłuż płotu i zawzięcie na siebie szczekały. Kiedy dobiegały do granicy, zawracały i znów leciały ze szczekiem, i tak
w nieskończoność. Pewnego dnia właściciele zdecydowali: zrobimy porządne, trwałe ogrodzenie. Przyszli robotnicy i rozebrali połowę tego płotu, tak że część granicy była chwilowo bez żadnego ogrodzenia. Psy lecą, szczekają, lecą, szczekają, nagle patrzą: płot się urywa, nie ma żadnego ogrodzenia. I co? Pobiegły razem dalej: bez szczekania, łeb w łeb. Zawróciły pod lasem i jak dobiegły do końca ogrodzeń, znów zaczęły szczekać.

Czy rzeczywiście wiara i rozum to trudne sąsiedztwo? Wolałbym zadać pytanie: kiedy to sąsiedztwo staje się trudne? Przecież w życiu codziennym wiara i rozum wciąż się przenikają. Wiemy i rozumiemy wiele rzeczy. Nie zadajemy pytań, nie zastanawiamy się nad nimi. Jednak równie często wierzymy: wierzymy drugiemu człowiekowi, wierzymy
w podstawową uczciwość, itp. W tych przestrzeniach nikt nie zastanawia się, czy wiara wyklucza rozum, czy rozum nie jest do pogodzenia z wiarą. Ks. Leszek Kołakowski pisze
o przenikaniu wiary w rozumieniu, uzasadniając, że nawet współczesna nauka opiera wiele swoich twierdzeń na wierze w swoje doświadczenia czy metody.  

Nie da się jednak ukryć, że jest przypadek, w którym to sąsiedztwo staje się trudne. Przypadek w którym pojawia się płot, stający się źródłem wzajemnych oskarżeń, wątpliwości, wyrzutów. Tą kością niezgody jest jedno, krótkie słowo: „BÓG”. Problem tego pojęcia trzeba potraktować z wielkim szacunkiem. 2000 lat istnienia Europy[1] każą nam zachować daleko idącą ostrożność w rozstrzyganiu, jaka jest kondycja tego pojęcia. Wielokrotnie już nadużywano go do niewłaściwych celów, jak również wielokrotnie ogłaszano już jego koniec. Tymczasem ono wciąż nurtuje. Minimalna uczciwość wymaga, aby uznać, że „Bóg” nie jest problemem, który daje się łatwo rozwiązać. Rozum chciałby go zrozumieć – ale czy to nie wykracza poza jego możliwości, jeśli przyjąć powszechne przekonania o ponad-rozumowym istnieniu Boga? Wiara chce mu zaufać – ale czy zaufanie w każdą możliwą interpretację jest słuszne? Czy jest to problem, który uda się kiedyś rozwiązać? Póki co, odpowiedź jest możliwa tylko w jednym momencie: śmierci człowieka. Wtedy okaże się, kto miał rację: absolutny rozum czy absolutna wiara? A może żadne z nich osobno?

            Zastanawiam się skąd takie mocne współzawodnictwo o przywództwo. Skąd taka wzajemna niechęć: czy warto na siłę żenić ze sobą wiarę i rozum w tym szczególnym przypadku? Blaise Pascal mówił już, że „serce ma swoje racje, których rozum nie pozna”. Być może, gdyby zamiast wzajemnej rywalizacji, doszło do porozumienia, wszyscy by na tym skorzystali. Tymczasem dwie różne rzeczywistości próbują wciąż wzajemnie się sobie podporządkować – widać to np. w historii dowodów na istnienie Boga. Jednak czy one są konieczne? Komu? Wiara nie opiera się na dowodach empirycznych, czy nawet logicznych. Wiara to cos więcej niż czysta logika. Czy nauka może udowodnić istnienie Boga, który wymyka się wszelkim próbom jego zrozumienia? Czy musimy we wszystko wierzyć? Nie ufamy przecież każdemu politykowi, każdej informacji, która usłyszeliśmy. Czy musimy wszystko zrozumieć? Nie każdy przecież potrafi zrozumieć działania choćby telefonu komórkowego, a każdy z niego korzysta?

            Nauka, gdyby przyznała, że są rzeczy, których nie potrafi zbadać, rozstrzygnąć nic by nie straciła. Jej zadaniem jest poznawanie świata, wyjaśnianie zjawisk, ale czy „Bóg” jest światem, skoro większość tradycji religijnych umieszcza go poza nim? Czy „Bóg” jest zjawiskiem, jeśli większość religijnych ludzi nie uznaje go za nie? „Bóg” może być tylko pomocą, aby nauka nie wymknęła się spod kontroli – Bóg, który daje prawo dotyczące ochrony godności człowieka. Jak ktoś powiedział: „Gdyby Bóg rzeczywiście nie istniał, sami musielibyśmy go stworzyć”. Świat, w którym nie ma racji wyższej niż wolność człowieka, staje się światem, w którym nie ma dla człowieka miejsca. Człowiek staje się niewolnikiem kogoś drugiego.

            Nie sądzę również, aby teologia – bo to przecież „nauka o Bogu” – powinna na siłę udowadniać, że jest naukowa. Wprowadzać naukową terminologię, metody badawcze. Czy to, co pozwala zbadać dostrzegalne i odczuwalne zjawiska w świecie – wszechświecie – może wyjaśnić Tajemnicę Boga? Patrzymy na Boga jakby przez dziurkę od klucza – możemy dostrzec tylko nieznaczny kawałek. Teologia już wiele się nauczyła – straciła swoją uprzywilejowaną pozycję. Musiała skłonić głowę przed wieloma teoriami nowoczesnej nauki – czy coś na tym straciła? Nie sądzę. Wręcz przeciwnie – przestała być tym, czym nigdy nie była: pseudonaukowością. Otrzymała szansę, aby stać się wreszcie tym , czym być powinna: opowieścią o Bogu – o jego relacji z człowiekiem, o doświadczeniu religijnym.  Jeśli przedmiot teologii – „Bóg” – jest Czymś-Kimś zupełnie „Innym”, to czy brak ściśle naukowego charakteru umniejsza Istotę Boga? Wiara to zaufanie. A zaufania nie da się naukowo udowadniać, ponieważ często jest irracjonalne. Teologia może korzystać z osiągnięć nauki, aby wciąż na nowo się oczyszczać z niewłaściwych teorii. Ale w swojej najgłębszej racji istnienia, zawsze będzie wymykała się tylko rozumowemu poznaniu.

            Warto na nowo spojrzeć na teorię złotego środka, znaną już w starożytności
u Pitagorejczyków i Arystotelesa. Skrajności nigdy nie są właściwe. Kiedy teologia wiodła prym – trudno było o rozwój nauki. Przykładem może być Przewrót Kopernikański: nauka badała, to co było jej zadaniem. Teologia blokowała to, co i tak było nieuchronne. Konflikt między nimi pogłębił się. Jednak czy absolutna władza nauki nie staje się dla nas równie niebezpieczna? Czy człowiek nie schodzi na drugi plan, czy nie staje się niewolnikiem postępu? Kiedy spojrzymy na najnowsze osiągnięcia biotechnologii: dziecko z materiałem genetycznym pochodzącym od trojga rodziców; hybrydy ludzko-zwierzęce? Do czego nas to zaprowadzi? Być może potrzebny nam wspólny, złoty środek. Gdzie „Bóg” – nie ustalam tu ścisłej definicji – stoi na straży człowieczeństwa i tych wszystkich rzeczywistości, które
w najgłębszej ludzkiej intuicji nie dają się sprowadzić do procesów bio-chemicznych. Gdzie nauka schyla głowę nad Tajemnicą Człowieczeństwa. I uznaje, że nie można wszystkiego opisać dzięki badaniom i mikroskopowi.

            Jesteśmy istotami skończonymi, żyjącymi w skończonym świecie, mającymi określony czas życia na ziemi. Właściwym wydaje się, aby uznać, że w takim razie są również granice naszego poznania – i duchowego, i naukowego. Jedno drugiego nie musi wykluczać, jedno
z drugiego może skorzystać. „Władza deprawuje, władza absolutna deprawuje absolutnie” – przeczytałem ostatnio w jednej  z książek. Czy nie jest tak w przypadku wiary i rozumu również?

            Mówimy o czasie – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Czym jednak jest teraźniejszość? Każdy moment w jednej chwili staje się przeszłością, a ten przed nim wciąż jest przyszłością. Teraźniejszość to punkt styczny, jeden – intuicyjny. Być może „Bóg” jest takim punktem dla wiary i rozumu?

            Kiedy jednak nie ma chęci podania sobie dłoni? Zburzenia rozdzielającego muru? Rozwiązania nie ma. Ateista i Wierzący nigdy się nie dogadają, ale będą ze sobą walczyć. Bo dla Ateisty wierzący zawsze pozostanie tym naiwnym, głupim. Nie inaczej będzie
z Wierzącym: zawsze będzie próbował znaleźć argumenty na przekonanie Ateisty, że się myli. Nie dostrzegą, jak bardzo mogą sobie wzajemnie pomóc. Straci na tym i jeden, i drugi.      

Patrząc na historię ludzkiej myśli i rozwoju, dostrzeżemy tak wiele momentów,
w których ogłaszano koniec teologii, filozofii, nauki. A one wciąż trwają. Zapędy imperialistyczne człowieka do zrozumienia wszystkiego, wyjaśnienia każdego przejawu ludzkiej myśli są zadziwiająco odporne na naukę na swoich błędach. Być może trzeba zlikwidować niepotrzebne animozje, aby móc wspólnie wyjaśniać bogactwo życia. Być może przed nami jeszcze moment, kiedy płot niezrozumienia i wzajemnej wrogości rozdzielający wiarę i rozum zostanie zburzony. Czy jednak wtedy będziemy potrafili ten stan dostrzec? I go zachować?

               Były sobie kiedyś dwie posiadłości, jedna obok drugiej, oddzielone płotem. Byle jakim, drewnianym czy drucianym. Właściciel obu tych posiadłości miał dwa psy. Na każdej posiadłości jednego. Wabiły się Wiara i Rozum. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, psy latały wzdłuż płotu i zawzięcie na siebie szczekały. Kiedy dobiegały do granicy, zawracały i znów leciały ze szczekiem, i tak w nieskończoność. Pewnego dnia Właściciel zdecydował: czas rozebrać to ogrodzenie. Przyszli robotnicy i rozebrali połowę tego płotu, tak że część granicy była chwilowo bez żadnego ogrodzenia. Psy lecą, szczekają, lecą, szczekają, nagle patrzą: płot się urywa, nie ma żadnego ogrodzenia. I co? Pobiegły razem dalej: bez szczekania, łeb w łeb. A co stało się potem? Tego jeszcze nie wiemy. Mogły tak biec dalej. A może zawróciły pod lasem
i jak dobiegły do końca ogrodzeń, znów zaczęły szczekać.

 

Autor: ks. Bartłomiej Kleszcz

_______________________________________________

[1] W tym kręgu kulturowym zakotwiczam swoją pracę. Rozwinięcie szersze tematu wymagałoby poznania choćby po części, jak wygląda relacja wiara-rozum w innych kulturach. Nie posiadam jednak takich możliwości. Mogę jedynie oprzeć się na „świecie euro-atlantyckim”, w którym ten spór zdaje się przejawiać najmocniej.