#panamaraba – dynia, kukurydza i fasola

Podczas naszego pobytu w Ameryce Łacińskiej, nazywanej także Ameryką Środkową, tudzież Ameryką Centralną, mieliśmy przyjemność kosztować wielu lokalnych potraw. Dieta mieszkańców tamtych terenów składa się tradycyjnie z trzech głównych składników, jakimi są kukurydza, fasola i dynia. Taki porządek rzeczy wywodzi się jeszcze z czasów starożytnych Majów. Jednym z symboli występujących tam na ornamentach, zdobieniach budowli i  w wielu innych miejscach jest właśnie dynia, z której wyrasta kolba kukurydzy oraz pnąca się po niej fasola. Z czasem jednak europejski wpływ zachwiał takim układem rzeczy wprowadzając do jadłospisu Majów…

Dobra, tak mogłaby opowiadać wam wspaniała lektorka Krystyna Czubówna, jednak nie o taki podręcznikowy styl tu chodzi, a o nasze wrażenia kulinarne podczas tej wyprawy. Więc pierwszym, co nas zainteresowało były placki kukurydziane, które mogliśmy jeść albo same, albo z dodatkami bardziej warzywnymi, albo z lokalną pastą z czarnej fasoli. Dostawaliśmy ją właściwie do każdego posiłku w każdej restauracji i w każdym hotelu, była zapewne czymś w rodzaju przystawki czy przekąski. Trzeba przyznać, że nie każdemu to smakowało, ja osobiście nie narzekałem. Kolejną rzeczą, czy raczej potrawą, bardzo powszechną w Ameryce Środkowej jest wszechobecny kurczak i jajka! Mogliśmy zamówić białe mięsko w każdej postaci, pieczone, grillowane, nawet gotowane w zupce na kształt naszego polskiego rosołu. To samo jajka. Najczęściej dostawaliśmy je na śniadanie w postaci jajecznicy, omletów i jajek na twardo. Swoją drogą, Amerykanie i Majowie wyraźnie wolą mięso grillowane od gotowanego czy nawet pieczonego, a że ja też bardzo lubię ten rodzaj obróbki termicznej, więc mięsko wołowe i kurczaczka właśnie w takiej postaci najczęściej sobie zamawiałem. Ze względu na bliskość dwóch oceanów i sporą ilość rzek ten wąski kontynent obfituje w różnego rodzaju ryby i owoce morza (rybka oczywiście z grilla). Ja raczej tych drugich unikałem, ale moja siostra ukradła kilka krewetek z zupki kolegi i mówi, że bardzo dobre. Jedna z restauracji, w których spożywaliśmy posiłek po zwiedzaniu miasta Majów (o czym mieliście już okazję przeczytać w jednym z wcześniejszych artykułów), miała przepiękny widok na morze, tam też zamówiłem sobie rybny filet. Oczywiście porcja była ogromna. Moja kochana siostra i nasz lokalny przewodnik wpadli na genialny pomysł, żeby przybliżyć mnie jeszcze bardziej do jedzonka, które właśnie wsunąłem i chcieli wrzucić mnie do basenu. Całe szczęście wybiłem im to z głowy, ale to nie przeszkodziło im w żartowaniu ze mnie przy naszym stole. W końcu śmiech to zdrowie, a kto nie lubi posłuchać kilku suchych żarcików do posiłku, prawda? Ciekawym też miejscem, gdzie mieliśmy okazję zjeść była knajpka z domowym jedzeniem. Przy wejściu dostawało się tackę z miską i jak w stołówce przechodziło wzdłuż lady i zbierało co tam się chciało akurat jeść. Najlepszą chyba rzeczą, którą tam zjadłem był mega pyszny gulasz, których też było kilka rodzajów. Co ciekawe, do każdej tacki dostawaliśmy gotowaną, oczywiście, kukurydzę. W Kostaryce trafiliśmy do hotelu niedaleko słynnej knajpki ze stekami. Ksiądz Leszek i przewodnik Dawid zachęcali jak mogli, bo podobno było warto. Niestety, za jakością szła też cena.

Mieszkańcy Ameryki Centralnej UWIELBIAJĄ dobrze doprawione i ostre jedzenie. Już w pierwszej restauracji, jaką odwiedziliśmy, mogliśmy spróbować lokalnych, mega ostrych sosów. Dostaliśmy kawałek kukurydzianego sucharka pokropionego sosikiem. Trzeba przyznać, mi smakowało. Z resztą, ja bardzo lubię pikantne jedzenie, więc czułem się na tamtym kontynencie jak w swoim małym prywatnym raju. Trochę się to na mnie zemściło, kiedy podczas zwiedzania jednego z miasteczek pani sprzedawczyni przekonała mnie do spróbowania najostrzejszej dostępnej tam papryczki. To był prawdziwy OGIEŃ! Chyba pierwszy raz płakałem z nadmiaru ostrości. No ale nie mogłem się powstrzymać i kupiłem cały woreczek. Szkoda, że nie udało się ich dowieść do Polski, może lepiej nie wnikać, dlaczego… Ale tak, pikantne przyprawy i ostre sosy mogliśmy kupić, spotkać i spróbować wszędzie.

Ameryka Środkowa ma idealny klimat do uprawiania kawy, a my mieliśmy szczęście zwiedzić całą plantacje. Podglądaliśmy kawkę na krzaczku, patrzyliśmy gdzie i jak się potem te owoce obrabia, spacerowaliśmy między suszącymi się na słońcu kopczykami… no, widzieliśmy całą drogę kawy od krzaczka po filiżankę. Zapach był niesamowity, a na koniec poczęstowano nas filiżanką kawy parzonej przez skarpetkę. Oczywiście to żart, ale tak ten filtr wyglądał. Osobiście za kawą nie przepadam a ta była wyjątkowo mocna i kwaśna, co podobno jest oznaką jakości, ale wypiłem całą filiżankę i nawet przekonałem siostrę do kilku łyków, chociaż jej chyba akurat nie smakowało.

 

Ach, Panama, nasz główny cel! Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o jedzenie, zadbali o nas całkiem dobrze. Dostaliśmy bloczki podzielone na trzy posiłki dziennie. Na śniadanie mogliśmy zjeść całkiem dobre kanapki, na obiad częstowano nas kurczakiem z ryżem lub frytkami, kolacja bywała różna. Do każdego pakietu dostawało się też jabłko lub banana, wodę lub soczek, i oczywiście ulubiony element mojej siostry (zbierała je od kogo tylko mogła), czyli duże okrągłe ciastka z czekoladą lub rodzinkami, żywcem wyciągnięte z reklamy albo dobrej amerykańskiej komedii. Trzeba przyznać, że można było spokojnie się tym wszystkim najeść. Oprócz tego mogliśmy oczywiście jeść na własną rękę w lokalnych knajpkach lub znanych nawet w Europie sieciówkach jak Subway czy PizzaHut. Naszą ulubioną miejscówką, gdzie z całą ekipą spędzaliśmy prawie każdy wieczór, była mała restauracja Hot50 (mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem nazwę). Zamawialiśmy tak oczywiście kurczaka i przesiadywaliśmy nawet po kilka godzin, bo gdzie rozmawia się tak dobrze jak nie przy dobrym jedzonku? Moja siostra, w odróżnieniu ode mnie, wylądowała na czas ŚDM u rodziny i pomogła mi trochę z tym fragmentem artykułu. Opowiedziała, co dostawały do jedzenia u tych miłych państwa Adriany i Roberta. W porównaniu do naszej szkoły miały tam prawdziwy luksus! Na śniadanko smażone kiełbaski, tosty, parówki z (a jakże) kukurydzy i codziennie świerze owoce, a do picia pyszna kawa, soki owocowe i koktajle robione przez ich gospodynię. Obiady spędzały zawsze poza domem i kolacji raczej też nie jadały u swoich gospodarzy, ale każdego wieczoru Adriana zapraszała je na szklankę świeżego, zimnego soku. Miały okazję spróbować tam wielu lokalnych potraw i tego mojej młodszej zazdroszczę.

Ogólnie, menu krajów Ameryki łacińskiej nie odbiega aż tak znacznie od tego, co znamy z Europy, choć faktycznie bazuje głównie na tych składnikach, o których na początku opowiedziała nam „pani Krystynka”. To prawda, jest to spowodowane klimatem i niezbyt dużym bogactwem mieszkańców, ale miło było spróbować czegoś choć trochę innego niż w domu, oczywiście, nikt nie narzeka na twoje obiadki, mamusiu. Tak że serdecznie polecam wycieczkę do Ameryki dla osób lubiących jajka, kawę, kukurydzę, fasolkę i to wszystko w OSTREJ postaci!

Filip Chrobak
Pozostałe artykuły z serii #panamaraba