Rozgrzeszyć umiem się sam

Przykazania kościelne przypominają nam o tym, aby przynajmniej raz w roku wyspowiadać się. Nie lubimy tego słowa – spowiedź. Popadamy w kompleksy, skrupuły bądź całkowitą obojętność. Nikt nie lubi się obnażać ze swoich słabości – zatem najczęściej szukamy samousprawiedliwienia czyli bezskutecznego rozgrzeszenia samego siebie.
Sprawy wiary są zbyt poważne, aby rozważać je przy stole pingpongowym. Co do spowiedzi i rozgrzeszenia warto sobie uświadomić, że wszyscy – wierzący i niewierzący – jakoś się spowiadają ze swoich grzechów i szukają rozgrzeszenia. I często jest to spowiedź niestety niegodziwa. Ktoś na przykład mało że spełnia swój zawód nieuczciwie, ale jeszcze się tym chlubi: Czy się stoi czy się leży, dobra pensja się należy – spowiada się taki cwaniak przed kolegami, z góry udzielając sobie niegodziwego rozgrzeszenia. Na tej samej zasadzie podochoceni panowie będą publicznie wyliczać swoje erotyczne sukcesy, w środowisku przestępczym należy do tego tonu przechwalać się złodziejskimi wyczynami, a szanująca się kobieta bez żenady opowiada przygodnej znajomej, że „przerwała ciążę”.

Za cudze nie piję – powiada pijak i czuje się rozgrzeszony z tych wszystkich łez, jakie wylewają z jego powodu żona, dzieci, rodzice. Ona sama tego chciała – tłumaczy beztrosko chłopak, który skrzywdził dziewczynę, i dziwi się, że takie wyjaśnienie może kogoś nie przekonywać. Coś mi się od życia należy! Chyba mam prawo do szczęścia – rozgrzesza się bezbożnie mąż, któremu przyszła ochota porzucić żonę i dzieci, tak samo rozgrzesza się dziewczyna, która go poderwała, dodając do tego argument, że tamto małżeństwo było od początku nieudane. Musiałam – powiada kobieta, która zabiła własny płód; wiem że to bardzo wielkie zło – mówi z płaczem – ale naprawdę nie było innego wyjścia. Jak gdyby na tym Bożym świecie człowiek kiedykolwiek musiał czynić zło!

I tak bez końca można przytaczać różne fałszywe usprawiedliwienia, którymi za podszeptem szatana próbujemy się rozgrzeszać. Brać państwowe to nie kradzież – tłumaczą sobie niektórzy, jak gdyby zamach na dobro wspólne nie był przestępstwem moralnym. On gdyby tylko mógł, zrobiłby ci to samo – zagłusza żona mężowskie wyrzuty sumienia z powodu brutalnego postępku wobec kolegi w pracy. Wszyscy tak robią; teraz mamy XXI wiek; ksiądz tak gada bo musi – oto garść rozgrzeszeń uniwersalnych, którymi można uspokoić sumienie w bardzo rozmaitych sytuacjach.

Nie ma człowiek, który mógłby z czystym sumieniem powiedzieć o sobie nigdy nie szukałem rozgrzeszeń u szatana. Nigdy nie próbowałem sam usprawiedliwiać swoich czynów, spoglądając na innych „gorszych ode mnie ludzi”. Niekiedy rozgrzeszeń tych szukamy nie tyle w takim lub innym fałszywym argumencie, co raczej w przymknięciu oczu na jakąś sferę naszego życia i postępowania. To nawet wygodniej nie zastanawiać się nad oceną moralną naszych wątpliwych postaw niż wymyślać samousprawiedliwienia. Czasem znów, żeby się rozgrzeszyć z tego, że zapaliliśmy diabłu ogarek, ofiarujemy również Panu Bogu jakąś świeczkę. Patrz Panie Boże nie jestem przecież taki zły, coś dobrego w życiu też robię!

Gorzej: człowiek próbuje niekiedy samego Pana Boga powołać na świadka fałszywego rozgrzeszenia. Pan Bóg na pewno nie jest przeciwko naszej miłości, to tylko Kościół zakazuje nam żyć razem – czy nie słyszy się takich głosów? Albo: Bóg jest miłosierny – mówi złoczyńca, nie zdradzający najmniejszej ochoty do zmiany życia, jak gdyby miłosierdzie Boże polegało na pobłażaniu grzechom. Albo: Pismo Święte nigdzie nie mówi że to jest grzechem – powiada ktoś, najczęściej zresztą niesłusznie.

Toteż nie dziwmy się że nawet Sakrament Pokuty – dany nam, abyśmy mogli uzyskać prawdziwe rozgrzeszenie – bywa nadużywany. Istnieje bowiem pokusa traktowania świętej spowiedzi jako okazji zwolnienia się od odpowiedzialności za złe czyny albo sprowadzenie sakramentu wyłącznie do roli środka higieny psychicznej. I wszyscy po trosze takiej pokusie ulegamy. Ale przecież sakrament z istoty swojej jest czymś zupełnie innym.

Czym jest sakrament pokuty? Na czym polega otrzymane w nim rozgrzeszenie? Sakrament pokuty zobowiązuje człowieka do spojrzenia na siebie w świetle obiektywnego prawa moralnego. My nosimy w sobie odruchową niechęć do takich spojrzeń i częściowo daje ona o sobie znać również podczas naszych spowiedzi. Mianowicie ciężar smutnej prawdy o mojej grzeszności jest tak duży, że bezwiednie prawdę tę w sobie zagłuszam i zaledwie jej cząstkę dopuszczam do świadomości. Człowiek nie udźwignąłby samotnie całej prawdy o sobie, toteż instynkt życia próbuje nas przed nią bronić. Niekiedy napór tej przygniatającej prawdy potrafi stłumić przeciwdziałania instynktu życia, ale wówczas człowiek – widząc całą swoją podłość – popada w rozpacz. Przeważnie jednak mały realizm bierze górę nad nasz a samowiedzą, człowiek tworzy sobie przystosowany do swojej małej miary ideał człowieka uczciwego i pochlebia sobie, że w zasadzie od tego ideału nie odbiega. Tutaj leży chyba główne źródło owej pomysłowości, z jaką szukamy fałszywych rozgrzeszeń.

Otóż sakrament pokuty umożliwia nam pełniejsze spojrzenie na siebie, bez obawy popadnięcia w rozpacz i bez potrzeby szukania fałszywych rozgrzeszeń. Mianowicie patrzę wówczas na siebie w obecności Chrystusa, który potępia mój grzech, ale mnie samego kocha: jeśli potępia mój grzech, to właśnie z miłości do mnie. W ten sposób opory ze strony instynktu życia, aby stłumić we mnie pęd do samowiedzy, tracą rację bytu: Chrystus jest przecież Zbawicielem, który po to prowadzi mnie do pełniejszego poznania samego siebie, aby pomóc mi wyzwolić się z różnych ciemności, jakie utrudniają mi być w pełni człowiekiem.

Jest to wielka szansa. Dzięki sakramentowi pokuty mam możliwość głębszego poznania i potępienia mojego grzechu, a zarazem nie będzie to mnie przygniatało, gdyż po to przecież człowiek poznaje swój grzech i pokazuje go Chrystusowi, żeby zostać przez Niego uzdrowionym. Szkoda, że zbyt często marnujemy tę szansę. Często przystępujemy do spowiedzi jako „ludzie uczciwi”, w których po dawnemu działają liczne zahamowania utrudniające poznanie samego siebie. Spowiedź przypomina wówczas raczej rytualne oczyszczenie niż otwarcie się przed Chrystusem, aby On ogarnął mnie swoją uzdrawiającą światłością; taka spowiedź jakby mijała się z tym, co najważniejsze, jakby nie była dość zakorzeniona w moim życiu. W skrajnych przypadkach ktoś może przychodzić do spowiedzi, aby uzyskać od Chrystusa akceptację dla tych swoich grzechów, których nie chce sobie uświadomić albo których postanowił nie uważać za grzech. Sakrament pokuty jest dla nas wielką szansą. I szkoda jej marnować. To tak jakby chory na raka, mając dostęp do lekarza osiągającego znakomite wyniki w walce z tą chorobą, bał się do niego wybrać, aby nie usłyszeć autorytatywnie, że jest chory na raka; albo jakby przyszedł do tego lekarza, ale ukrywał przed nim objawy choroby. W innej sytuacji ukrywanie zła przed samym sobą mogłoby mieć sens, chroniłoby na przykład przed załamaniem, ale ten Lekarz potrafi wydobyć z najgroźniejszej nawet choroby.

Lepiej zobaczyć się grzesznikiem w oczach Chrystusa niż uczciwym w swoich własnych. Nie tylko dlatego że lepiej się widzieć w prawdzie niż półprawdzie. Również dlatego, że Chrystus wypomina nam grzechy z miłości do nas: po to uświadamia mi mój grzech, aby mnie oczyścić i obdarzyć coraz to pełniejszym życiem. Jak widzimy, sakrament pokuty traci zupełnie swój sens poza wiarą w Chrystusa Zbawiciela. Ale też wiara w Chrystusa Zbawiciela wręcz woła o odblokowanie zahamowań, krępujących samowiedzę o naszej grzeszności. Że zaś sakrament pokuty może zostać wykorzystany do łatwego zwalniania się od odpowiedzialności? Niestety, nie jest on jedynym dobrem, jakie może być nadużyte lub nie dość wykorzystane. Prąd elektryczny może zabić człowieka, fizyka zaowocowała ubocznie bombą atomową, a rozwój dzieł miłosierdzia może postronnych ludzi zamknąć na potrzeby bliźnich: to nas nie obchodzi, od tego są inni.

Rozgrzeszenie Boże nie zwalnia nas od odpowiedzialności, ale właśnie ją aktywizuje. Natomiast zmniejsza w nas potrzebę szukania różnych rozgrzeszeń pozornych, a te wręcz z natury swojej zagłuszają w nas poczucie odpowiedzialności. Moje postanowienie: Kolejna moja spowiedź którą odbędę będzie taka jakby miała być ostatnią w moim życiu – szczerą.

Ks. Norbert Sarota