Czy spowiednikowi wolno się dopytywać o liczbę grzechów?

On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. (Iz 52, 4-5) Temat ten jest niezwykle aktualny w dzisiejszych czasach, zanim jednak postaram się dać odpowiedź chciałbym zasugerować pewien obraz sakramentu pokuty. Otóż nasze spotkanie z Jezusem Miłosiernym w spowiedzi, jest dokładnym odbiciem tego jedynego w swoim rodzaju spotkania Piotra z Mistrzem, który został zapytany o miłość. Dzisiaj ten sam Chrystus przed którym kiedyś stanął Piotr, stawia nam w sakramencie pokuty to samo pytanie: Czy ty mnie kochasz? Może i śmieszne, ale my po pierwsze panicznie boimy się tego spotkania, po drugie bojąc się nagiej prawdy o sobie jesteśmy niezdolni, aby wyznać Jezusowi miłość. Już na studiach teologicznych uczy się kleryków, że istnieje ścisła hierarchia trosk spowiednika. Pierwszą jego troską powinno być okazanie życzliwości i miłości każdemu, kto przychodzi do konfesjonału. Nawet wówczas – są to przypadki wyjątkowe – kiedy spowiednik czuje się w obowiązku odmówić rozgrzeszenia, bo nie widzi u spowiadającego się żalu za grzechy ani żadnej woli poprawy. Również w takiej sytuacji spowiednik powinien cierpliwie i z miłością wyjaśnić zainteresowanemu powody, dla których nie otrzymuje rozgrzeszenia; ponadto powinien starać się go przekonać, że lepiej jest odejść od konfesjonału bez rozgrzeszenia, niż otrzymać je po świętokradzku i nieważnie. Krótko mówiąc, nie ma wyjątków od tej zasady, że obowiązkiem spowiednika jest przyjąć każdego życzliwie i z całym szacunkiem. Drugim obowiązkiem kapłana jest pomoc penitentowi, aby jego spowiedź była naprawdę wyznaniem grzechów. W spowiedzi nie chodzi przecież o to, żeby opowiedzieć swoje grzechy albo zrobić sprawozdanie ze zła, jakie się uczyniło. Przychodzimy wówczas do Chrystusa, żeby uzyskać od Niego przebaczenie tych grzechów, jakie Mu wyznajemy. Zdarza się czasem, że ktoś mówi na spowiedzi o jakichś swoich grzechach, tylko dlatego że w Kościele są one za takie uważane, on sam jednak żadnego zła w nich nie widzi. Zatem człowiek dokonuje jedynie sprawozdania z tych grzechów, ale ich nie wyznaje. Dobry spowiednik stara się wówczas pomóc temu penitentowi w zobaczeniu zła zawartego w takich czynach oraz w postanowieniu poprawy. Dopiero na trzecim miejscu spowiednik winien się troszczyć o integralność spowiedzi, to znaczy o to żeby wyznane zostały wszystkie grzechy ciężkie, jakie penitent sobie przypomina. Czasem ktoś spowiada się tak ogólnikowo, że kapłan ma obowiązek poprosić o wyznanie bardziej dokładne. Bo jeśli ktoś na przykład spowiada się, że zgrzeszył przeciwko piątemu przykazaniu, to naprawdę trudno się domyślić, czy chodzi tu aż o grzech zabójstwa, czy może tylko o zaszkodzenie sobie na zdrowiu przez zjedzenie zbyt obfitego obiadu. Liczba grzechów też może być bardzo ważna, bo świadczy o stopniu duchowego zagrożenia: aborcja jest bardzo ciężkim grzechem, a cóż dopiero jeśli jakieś małżeństwo uczyniło to już pięć razy. Niekiedy ważniejsza od liczby grzechów jest sytuacja trwania w nich: istnieje kolosalna różnica między pojedynczą zdradą małżeńską a stworzeniem małżeńskiego trójkąta, między pojedynczą kradzieżą a utrzymywaniem się ze złodziejstwa. Rzecz jasna, nie znaczy to, że wolno było bagatelizować pojedynczą zdradę małżeńską – w starożytnym Kościele grzech ten uważano za tak ciężki, że w ogóle lękano się go rozwiązywać. Zdarza się również, że kapłan ma wątpliwości, czy ktoś nie spowiada się z czegoś, co nie jest grzechem. Ktoś na przykład wyznaje, że opuścił w niedzielę Mszę Świętą, a kiedy go zapytać, z jakiego powodu, okazuje się, że miał wówczas czterdzieści stopni gorączki. Ktoś inny spowiada się, że miał nieczyste myśli, z których to wyszedł zwycięsko, a nie uprawia myślnej rozpusty. Nieumiejętność rozróżnienia grzechu od „nie-grzechu” zwykle prowadzi do fatalizmu: przeświadczenia, jakoby w niektórych sytuacjach człowiek „musiał” czynić zło. Toteż trudno mieć za złe spowiednikowi, jeśli stara się z takiego błędu go wyprowadzić. Ważne tylko, żeby odnosił się do penitenta z całą życzliwością i szacunkiem. W sakramencie pokuty absolutnie nie chodzi o dokładną buchalterię, ale o szczere przedstawienie swojej duchowej sytuacji. Tu nie chodzi o prowadzenie spisu swoich grzechów, czyli o dokładną ich liczbę, ale np. o czas trwania w danym grzechu, ewentualnie o częstotliwość jego popełniania. Czasem bywa, że ktoś czysto formalnie spowiada się z czynów niewątpliwie niezgodnych z Bożym przykazaniem, gdyż nie uważa ich za grzech. Spowiednik ma wtedy niewielką szansę dojścia do porozumienia z takim penitentem. Penitent zwykle nie jest wówczas w stanie zrozumieć, że kapłan nie ma władzy nad Bożymi przykazaniami – i niekiedy zaczyna się odnosić do niego arogancko, chcąc wymusić rozgrzeszenie czy zakończenie spowiedzi, przypisując niesłusznie swoje własne zachowanie kapłanowi. W rozmowach z moimi uczniami na temat spowiedzi, czuję zawieszone jakby w powietrzu pytanie: niby dlaczego mamy spowiadać się księdzu, który jest tylko człowiekiem, ze wszystkich swoich grzechów? W odpowiedzi na to pytanie od wieków odwołujemy się w Kościele do dwóch obrazów: sądu i leczenia. Że w sakramencie pokuty jest coś z sądu, wynika to z samych słów Chrystusa: którym odpuścicie grzechy, będą im odpuszczone, którym zatrzymacie, będą im zatrzymane (J 20, 23). Zatem Zbawiciel uzależnił odpuszczenie grzechów od rozeznania tych, których do tego powołał. A jak mogliby rozeznać, gdyby ten kto się ubiega o odpuszczenie grzechów, nie chciał odsłonić przed nimi swojego wnętrza? Dziwny to zresztą sąd, bo jego podstawowym celem jest leczenie duszy. Odsłaniam przed spowiednikiem swoje sumienie, podobnie jak pacjent swoje bolące miejsce przed lekarzem. Pokazuję mu chore miejsca mojej duszy, również te które udaje mi się ukryć przed innymi. Wierzę bowiem w uzdrawiającą moc Chrystusa, wierzę, że w sakramencie pokuty działa ona najskuteczniej. Zadaniem spowiednika, przed którym otwieram najbardziej tajemne rany duszy, jest umocnić mnie w mojej decyzji odwrócenia się od grzechów i podjęcia pracy nad tym, co lepsze, pomóc mi w jak najszerszym otwarciu się na moc Chrystusa. Sakrament pokuty jest to nie tyle sąd nade mną, co nad starym człowiekiem, człowiekiem grzechu, który ciągle jeszcze we mnie mieszka. Sędzią jest nie tylko Chrystus, nie tylko Jego pełnomocnik, ale również ja sam: lepsza cząstka mnie samego, która jest już warta życia wiecznego, to znaczy człowiek nowy, Chrystusowy, w którego powoli się przemieniam. Istotę samooskarżenia w sakramencie pokuty stanowi walka człowieka nowego ze starym: człowiek nowy, jaki mocą Bożą we mnie rośnie, odsłania Chrystusowi całą brzydotę człowieka starego, jakim ciągle jeszcze jestem, z pokorną prośbą, aby On, Zbawiciel, raczył – dla mojego dobra – działać przeciwko mnie samemu, aby raczył zniszczyć we mnie starego człowieka. Dla wielu katolików wyznanie grzechów jest najpoważniejszą barierą, jaka ich powstrzymuje przed uczestnictwem w sakramentach. A jeśli wgłębić się w religijny sens samooskarżenia w sakramencie pokuty, może się zdarzyć, że wewnętrzne opory przed spowiedzią zmienią się w żywą potrzebę wyznawania swoich grzechów: wszystkich, jakie się popełniło i radości z zaistniałej przemiany

KS. NORBERT SAROTA