Czy jeszcze potrafimy się wstydzić?

Otóż człowiek wstydzi się wszystkiego, co obiektywnie lub w oczach drugiego, albo też tylko w moim własnym mniemaniu – pomniejsza moją wartość i godność, wstydzimy się wszystkiego co czyni nas niegodnymi szacunku lub wręcz śmiesznymi. Zdolność do wstydu, tak jak każdy inny dar Stwórcy, wymaga pracy duchowej, aby nie uległa wynaturzeniu i przyniosła właściwe sobie owoce.

Ponieważ istota mojej godności leży we mnie, a nie w oczach moich bliźnich, pierwszą i podstawową formą bezwstydu powinien być wstyd wobec samego siebie i wobec Pana Boga. Zaś głównym powodem wstydu powinno być to wszystko, co może obrazić lub już obraża moją godność. Wstyd wobec bliźnich jest dopiero następną, pomocniczą zaporą przed złem, jakie mógłbym popełnić. A my często wstydzimy się wyłącznie przed ludźmi, i to jedynie przed tymi, których znamy i na których nam zależy. Istnieją i takie sytuacje, w których mój bezwstyd może się posunąć tak daleko, że nie krępuję się czynić zła nawet w obecności najbliższej sobie osoby, zwłaszcza jeśli ona jest równie bezwstydna jak ja. Św. Augustyn słusznie chyba mówił, że bezwstydne traktowanie żony jest większym jeszcze grzechem, niż takie samo zachowanie się wobec prostytutki. To naprawdę dużo większa demoralizacja, niż niekiedy się nam wydaje: z własnej żony czynić przedmiot użycia. Albo wspólnie z najbliższymi sobie ludźmi zastawiać sidła na bliźniego. Albo obmyślać kłamstwo wspólnie z przyjacielem. Jeśli nawet obecność najbliższych nie onieśmiela mnie w czynieniu zła, jest to znak, że ostatni już wał przeciwpowodziowy został w moim sumieniu uszkodzony. Jeśli człowiek sam nie wstydzi się swojego zła, ale wstydzi się go wobec ludzi, popada zwykle w pruderię i przedmiotem jego głównej troski stają się pozory. Sam wstyd wobec ludzi – to zazwyczaj motyw zbyt słaby, żeby zmieniać istotnie swoją moralną postawę. Wobec tego człowiek pozostaje wewnątrz bezwstydnikiem, a na zewnątrz – czasem nawet we własnym mniemaniu – stara się uchodzić za kogoś przyzwoitego. Na przykład nieuczciwy rzemieślnik udaje życzliwość wobec klientów, a w rzeczywistości niemiłosierni ich obdziera. Chłopak szepce dziewczynie piękne słówka o miłości, a myśli o tym jak ją zwabić i wciągnąć do łóżka, żeby zaspokoić swoją potrzebę seksualną. Dziewczyna niby na pozór wstydliwa, przyzwoita i nietykalna, a w rzeczywistości ubierająca się wyzywająco z przysłowiowym pępkiem na wierzchu niczym ulicznica. Zadawaną zaś komuś krzywdę często tłumaczymy, że to „dla jego dobra”. Kiedy indziej gorszymy się cudzą niemoralnością, a jednocześnie sami nie jesteśmy lepsi, tyle tylko, że lepiej potrafimy się ukryć ze swoimi grzechami. Denerwuje nas cudze brakoróbstwo, zwłaszcza jeśli padamy jego ofiarą, ale to nie przeszkadza nam swoje własne obowiązki wypełniać byle jak. Otóż każdy bezwstyd wymaga takiego otrzeźwienia, przejrzenia, nawrócenia, o jakim wspomina Apostoł Paweł: Jakiż pożytek mieliście z tych czynów, których się teraz wstydzicie? Przecież końcem ich jest śmierć. (Rz 6, 21). Trzeba jeszcze wspomnieć o jednym, bardzo szczególnym rodzaju wstydu: niekiedy jakby wstydzimy się dobra, które czynimy. Wstyd ten co najwyżej drugorzędnie płynie z obawy, że może być ono źle zrozumiane i ludzie posądzą mnie o faryzejskie obnoszenia się ze swoimi cnotami. Wstydliwe ukrywanie się z dobrem wynika raczej z przekonania, że moje dobro zbyt dobrze by o mnie świadczyło, bo w rzeczywistości jest we mnie zbyt wiele ciemnych stron, których ludzie we mnie nie widzą. Ponadto mamy słuszną chyba intuicję, że dobro, zbyt jawnie wystawione na widok, jakby więdnie. Sam Pan Jezus nakazywał nam przecież: … abyśmy sprawiedliwości naszej nie czynili przed ludźmi po to, żeby nas ludzie widzieli (Mt 6, 1). Istnieje również wstyd fałszywy. Św. Paweł wdzięczny był Onezymowi, że … się kajdanów moich nie wstydził (2 Tm 1, 16). Tak samo rodzice nie powinni się wstydzić swojego upośledzonego dziecka, bo tylko wtedy ich poświęcenie, pełne szacunku dla człowieczej godności dziecka, stanie się ważną lekcją człowieczeństwa dla wielu postronnych świadków ich nieszczęścia. Również w wielodzietności doprawdy nie ma nic wstydliwego. Na szczęście mijają zresztą już złe czasy, kiedy opinia społeczna piętnowała wielodzietność niemal jak przestępstwo, a rodzice obarczeni gromadką dzieci musieli znosić ironiczne uśmieszki i niewybredne epitety. Wielodzietność w Piśmie Świętym zaznaczona jest jako szczególne błogosławieństwo samego Boga. Nie możemy nie zapytać samych siebie: Czy my jeszcze umiemy z powodu naszego zła wstydzić się wobec Boga? Czy w momentach, kiedy uświadamiamy sobie bezsens naszych bezbożnych nadziei, jesteśmy zdolni … zawstydzić się jak złodziej którego złapano na gorącym uczynku (Jr 2, 26)? Czy ktoś modli się dzisiaj w imieniu całej ludzkości w duchu modlitwy Ezdraszowej? Boże mój, bardzo się wstydzę podnieść oblicze swoje do Ciebie, albowiem przestępstwa nasze wzrosły powyżej głowy, a wina nasza sięga aż do nieba (Ezd 9, 6). Na tym właśnie polega bezwstyd: że ktoś nie wstydzi się tego, czego wstydzić się powinien. Bezwstyd zwykle bierze się stąd, że człowiek zatracił prawdziwe poczucie godności: nie umie już wstydzić się swoich grzechów ani wobec siebie, ani wobec Pana Boga. Co najwyżej, wstydzi się jeszcze wobec innych ludzi – ale tylko tego, czego nie da się przed nimi ukryć, i tylko tego, co ludzie uważają za zło. Dlaczego mam się wstydzić nieuczciwości w drodze do kariery, jeśli po osiągnięciu sukcesu nie tylko nie grozi mi pogarda, ale przeciwnie, stanę się przedmiotem podziwu, nadskakiwań i zazdrości? Co to za wstyd, kiedy by dorównać coraz bardziej prymitywnej modzie, ubieram się skąpo i prowokująco? Dlaczego wstydzić się stosunków przedmałżeńskich, przecież nie mogę poślubić „kota w worku”? Co to za wstyd porzucić żonę i dzieci, jeśli to nie podoba się tylko ludziom, na których opinii mi nie zależy? Drogi czytelniku – czy Ty będąc Chrześcijaninem, potrafisz stanąć zawstydzony wobec Boga, siebie i drugiego człowieka? Zapytaj o to siebie.

Ks. Norbert Sarota